Z biblioteczki korektora – „Saga o skrzydlatej husarii” Adama Szmida

Z biblioteczki korektora – „Saga o skrzydlatej husarii” Adama Szmida

 

Z radością pragnę zaprezentować trzy woluminy z cyklu „Saga o skrzydlatej husarii” autorstwa Tomasza Szmida. Miałam niebywałą przyjemność korektorować wszystkie części sagi, które ukazały się dotychczas, a teraz wreszcie trafiły w moje ręce. Noszą one kolejno tytuły: „Pierwsza bitwa Gromiego”, „Gromi i oblężona twierdza” oraz „Gromi i wojna z imperium”. Są to powieści historyczne zapraszające czytelników „do świata rycerskiego etosu, politycznych intryg i barokowego przepychu oraz prowadzące ich na pola największych bitew tamtych czasów”.

Powieść historyczna nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale w powyżej przytoczonych główny bohater i jego przygody zdecydowanie skradły moje serce. Na uwagę zasługują przepiękne grafiki na okładkach, świetna stylizacja językowa i zręcznie wplatany przez autora/narratora kontakt z czytelnikiem. Atutem jest fakt, że książki ukazały się jedna po drugiej w krótkim odstępie czasu, dzięki czemu jesteśmy niemal bez przerwy na bieżąco z losami bohaterów.

Zapraszam do czytania i z niecierpliwością czekam na kolejny zapowiedziany tom!

 

Praca nie zając…

Praca nie zając...

 

Praca nie zając, nie ucieknie – tak głosi znane polskie przysłowie. A co jeśli jednak ucieknie?
Sądzę, że przywołane powiedzenie coraz bardziej się dezaktualizuje, a praca jest króliczkiem,
którego nie tyle trzeba gonić, co złapać.
Prowadząc jednoosobową działalność gospodarczą, utwierdziłam się w towarzyszącym mi już
wcześniej przekonaniu, że doskonalenie własnych kompetencji i poszukiwanie nowych
wyzwań zawodowych jest nieodzowne. Pozyskiwanie kolejnych klientów i zleceń daje
poczucie sprawczości i kontroli.

Oczywiście, w mojej branży niebagatelną rolę odgrywa marketing szeptany. Kursanci
niejednokrotnie zgłaszają się do mnie sami, zachęcani rekomendacjami znajomych. Jednak
uważam, że warto pokusić się również o samodzielne poszukiwania nowych przedsięwzięć na
większą skalę.

W tym wpisie chciałabym zwrócić uwagę na dwa źródła, z pomocą których mnie osobiście
niejednokrotnie udało się pozyskać nowych zleceniodawców, i które szczerze mogę polecić.
Są to portale biznes-polska.pl oraz oneplace.marketplanet.pl. Pierwszy z nich jest bezpłatnym
narzędziem gromadzącym zapytania ofertowe i treści przetargów z różnych branż. Po
zalogowaniu się w nim otrzymujemy możliwość przeglądania ofert na platformie zakupowej
oraz udziału w postępowaniach. Drugi z kolei oferuje bezpłatny okres próbny na miesiąc,
który warto wykorzystać, by przekonać się, czy gromadzone tam dane sprostają naszym
oczekiwaniom. Podczas okresu testowego każdego dnia będziemy otrzymywać oferty
aktualnych zapytań z naszej branży. Oba narzędzia są moim odkryciem ostatnich lat, a
regularne korzystanie z nich doprowadziło mnie do kilku zwycięstw w intratnych przetargach.
Może więc warto wykazać inicjatywę i na własną rękę poszukać nowych wyzwań?

Doktorat – po co i dlaczego ?

Doktorat - po co i dlaczego ?

Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem napisania tekstu na temat jednej z podjętych przeze mnie ścieżek (wreszcie ukończonej). Mam na myśli studia doktoranckie, pisanie rozprawy oraz jej obronę. Minęło kilka tygodni od uroczystych promocji doktorskich, które odbyły się w historycznych salach Collegium Novum, a ja znalazłam w końcu czas i chęć, by podzielić się swoimi refleksjami.

Jednak zacznę od początku… Do napisania doktoratu pod swoją opieką naukową zaprosiła mnie jeszcze w czasach studiów magisterskich prof. dr hab. Janina Labocha. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, tym bardziej, że sama miałam wtedy chrapkę na rozwój naukowy i pracę etatową na uczelni. Z wielką chęcią przyjęłam więc zaproszenie i podjęłam studia doktoranckie.

Kolejne długie lata przyniosły szereg znaczących zmian w moim życiu – wyprowadziłam się z Krakowa,wyszłam za mąż, założyłam firmę. Wszystko to bardzo przewartościowało moje cele. Kiedy zadawałam sobie pytanie, po co mi doktorat, nie znajdowałam odpowiedzi. Po długim czasie stagnacji motywacją do ukończenia pracy, zdania egzaminów doktorskich i obrony było raczej pytanie: dlaczego?

Zatem dlaczego ostatecznie zrobiłam doktorat? Przychodzi mi do głowy co najmniej kilka odpowiedzi:
1. bo mogłam, 2. bo zaczęłam, 3. bo niezrobienie go byłoby jakimś rodzajem niewykorzystanego przeze mnie potencjału. Tak właśnie czuję.

Uważam, że jedną z ważniejszych decyzji, jakie podjęłam na tej drodze było postanowienie, że mój doktorat nie musi być perfekcyjny, ale wystarczająco dobry i ukończony. Była to też cenna lekcja.

Oficjalne zaprzysiężenie, zapach togi i biretu oraz niepowtarzalną atmosferę dnia promocji doktorskich będę pamiętać do końca życia. A po co mi doktorat? Życie jest wystarczająco długie, a ja wystarczająco młoda, by jeszcze się o tym przekonać.

Z biblioteczki korektora – „Z Polski do Danii” Jolanty Buch Andersen

Z biblioteczki korektora – „Z Polski do Danii” Jolanty Buch Andersen

Minęły całe wieki, odkąd ostatni raz pisałam na temat korektorowanych przeze mnie publikacji. Jednym z powodów był brak czasu, który poświęciłam ostatnio na inne wyzwania, drugim – fakt, że prawdę mówiąc żadna ze sprawdzanych książek nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenie, by natychmiast zabrać się za jej recenzję.

Tak było do momentu, kiedy w moje ręce (właściwie do mojej skrzynki mailowej, a następnie na pulpit) trafiły wspomnienia Jolanty Buch Andersen. Zaprojektowana w klasycznym stylu okładka i ponad pięciuset stronicowa objętość początkowo nie budziły ekscytacji, ale już wstępne informacje o autorce – owszem. Jolanta Buch Andersen, z którą po korekcie nawiązałam kontakt, urodziła się przed II wojną światową w południowo-wschodniej Polsce, a w latach 60-tych wyemigrowała do Danii, gdzie zrobiła oszałamiającą karierę. Tam została jedną z pierwszych kobiet na najwyższym stanowisku w duńskim przemyśle.

Pilotka, malarka, bizneswoman, podróżniczka (kolejność przypadkowa) przeżyła i osiągnęła to,
co nawet w dzisiejszych czasach wydaje się trudno dostępne, a w tamtych musiało być niemal
niemożliwe. Autorka w inspirujący sposób opowiada o swych doświadczeniach, tworząc wizerunek
szczęśliwej i spełnionej kobiety.

Do napisania wspomnień w języku polskim i opublikowania „Z Polski do Danii” namówiły ponad osiemdziesięcioletnią już Jolantę Buch Andersen koleżanki z czasów licealnych. Jestem im za to szczerze wdzięczna.

W liście do Autorki pisałam: „pragnę wyrazić swój wielki podziw dla Pani osiągnięć i przeżyć, po
prostu dla Pani życia. Czytając książkę, zobaczyłam w niej nie tylko zapis wspomnień, ale też piękne świadectwo, jak ciekawe i spełnione może być życie, a nawet swego rodzaju poradnik motywacyjny”.

Mogłabym śmiało podpisać się ponownie pod tym wyznaniem. Polecam tę książkę wszystkim
poszukującym ciekawych historii, inspiracji i przede wszystkim autentyczności przekazu.

Niezależny humanista – moja droga

Niezależny humanista – moja droga

Statystyki dotyczące zatrudnienia i zarobków już od wielu lat nie są łaskawe dla absolwentów kierunków humanistycznych. Młodzi ludzie, myśląc o swej przyszłości, decydują się więc na
studia, które są bardziej „trendy”, nawet jeśli decyzja ta podejmowana jest wbrew wewnętrznym przeczuciom lub (o zgrozo!) talentom.
Osobiście sądzę, że miałam ogromny przywilej bardzo wczesnego rozpoznania swoich predyspozycji i zdolności, gdyż już w pierwszej klasie gimnazjum zapytana o przyszły zawód odrzekłam, że zostanę lingwistą. Podobało mi się obcobrzmiące słowo, a jego polski odpowiednik – językoznawca – kusił swą etymologią. Tak, pragnęłam być tym, który „zna język”, a nie po prostu nauczycielem, który uczy; pisarzem, który pisze czy tłumaczem, który tłumaczy.

Nigdy nie zawahałam się w wyborze swoich dróg zawodowych i uznaję to za swój ogromny sukces. Dziś zapytana o swoją pracę odpowiedziałabym nawet nieco szerzej niż dwadzieścia lat temu – jestem niezależnym humanistą. Identyfikuję się równocześnie i równomiernie ze wszystkimi wykonywanymi przez siebie działaniami – nauczaniem, przekładem, korektą.

Chcę też podkreślić, że w ślad za rozwojem i pasją zawsze idą dobre pieniądze. Nawet w branży humanistycznej! Oczywiście, nie da ich etat w placówce publicznej, ale w takowych nawet inżynierowie czy informatycy nie zarabiają kokosów. Dlatego stoję na stanowisku, że należy nieustannie dokonywać nowych wyborów zawodowych, podejmować nowe wyzwania i szukać własnej drogi.
Moim ogromnym marzeniem jest, by kierunki humanistyczne w Polsce kształciły osoby rzeczywiście predestynowane do humanistyki, z pomysłem na siebie i apetytem na rozwój.

Niestety, za obecny stan deprecjacji humanistyki na rynku pracy odpowiadają głównie sami zainteresowani. Uczelnie produkują magistrów nauk humanistycznych, którzy szukają pewnych (nawet jeśli marnych) pieniędzy i stałej państwowej posadki. Nic więc dziwnego, że tacy absolwenci lądują w sklepach, urzędach czy w pracy fizycznej za granicą. Nie o taką humanistykę chodzi! Myślę, że czas na redefinicję humanisty. Niech to będzie ktoś o wysokim poziomie autorefleksji, ktoś nieustannie poszukujący, wreszcie ktoś, kto sam stworzy swój zawód, jeśli rynek pracy mu go nie zaoferuje. Jestem przekonana, że właśnie współczesny świat daje ku temu największe jak dotąd możliwości.

Teams vs. Clickmeeting

Teams vs. Clickmeeting

W obecnym roku szkoleniowym pracuję równolegle na dwóch platformach: Clickmeeting oraz Teams. Działam tak nie z własnego wyboru, lecz wychodząc na spotkanie preferencjom klientów. Po ponadrocznej przerwie powróciłam do „Clicka”, na którym miałam już okazję pracować kilka lat wcześniej. Teraz – po kilku miesiącach jednoczesnej pracy na obu narzędziach – przyszedł czas na ich porównanie i pewne podsumowania.
Clickmeeting poznałam kilka lat wcześniej niż Teams. Obecnie korzystam z płatnej wersji platformy, która nie zmieniła się znacząco względem tej pierwotnej. Narzędzie pozwala na przeprowadzenie zaplanowanych wcześniej lub zorganizowanych ad hoc webinariów. Umożliwia audio- oraz wideorozmowę, czat, funkcję tablicy czy udostępnianie ekranu. Bywa jednak, że ta ostatnia opcja
zawodzi, przez co bezpieczniej jest wgrać zaplanowane na lekcję pliki na platformę do zakładki „pliki/moje pliki”. Z nowości, których nie było, kiedy używałam Clicka po raz pierwszy, a które pojawiły się ostatnio, należałoby wymienić funkcję zapisu czatu. Do tej pory znacznym utrudnieniem była nieodstępność historii czatu. Obecnie zapis czatu jest do odtworzenia oraz pobrania z zakładki „pliki/zapis czatu oraz pytań z trybu Q&A”. Ma on jednak mało praktyczną w tym kontekście postać pliku excel, znacznie utrudniającą prześledzenie konwersacji odbywającej się na lekcji. Teams z kolei towarzyszy mi od kilku dobrych lat, i to w najprostszej, bezpłatnej i zupełnie „niebiznesowej” wersji. Oprócz rzadkich, aczkolwiek mających czasami miejsce problemów
technicznych z dołączeniem do spotkania, platforma nie ma właściwie wad. Osobiście uważam, że w praktyce pod wieloma względami przewyższa Clickmeeting.

Przede wszystkim daje możliwość udostępniania plików bezpośrednio z komputera, bez uprzedniego wgrywania ich gdziekolwiek (z czym Click sobie nie radzi). Pozwala to niebagatelnie zaoszczędzić czas przygotowań do zajęć. Dodatkowo, pracując na Teams, w prosty sposób możemy udostępniać także dźwięk z komputera (na przykład przy zadaniach na słuchanie), co z kolei we wspomnianej wyżej platformie jest bardzo problematyczne. Dużym plusem jest również historia czatu dostępna dla wszystkich członków zespołu, a także zakładka „pliki” – miejsce na gromadzenie materiałów wykorzystanych na spotkaniach.

Jak wspomniałam na początku tekstu, pracuję na obu platformach, gdyż pierwszą z nich wybrali i narzucili mi klienci. Jednak, jeśli wybór narzędzia zależy ode mnie, zawsze pada na tę drugą opcję. W obecnej formie z perspektywy nauczyciela nawet bezpłatna wersja Teams zdecydowanie deklasuje płatny Clickmeeting pod wieloma względami. Zachęcam jednak do wypróbowania obu i przekonania się o ich korzyściach oraz niedociągnięciach w praktyce!

Z biblioteczki korektora – „Jak uczyć, żeby nauczyć – kompendium wiedzy o zadaniach” Mirosławy Cybuli

Z biblioteczki korektora – „Jak uczyć, żeby nauczyć – kompendium wiedzy o zadaniach” Mirosławy
Cybuli

Przyszedł czas na kolejną notatkę (daleko temu tekstowi do recenzji) na temat jednej z korektorowanych przeze mnie publikacji. Tym razem skupię się na tekście znacznie bardziej
fachowym, niż prezentowany przeze mnie kilka miesięcy temu poradnik. Otóż, chcę zwrócić uwagę na pozycję pt. „Jak uczyć, żeby nauczyć – kompendium wiedzy o zadaniach” autorstwa Mirosławy Cybuli.

Sądzę, że książkę tę można by śmiało polecić wszystkim nauczycielom, prywatnym korepetytorom czy
egzaminatorom, i to z jakiejkolwiek dziedziny. Stanowi ona bowiem świetny poradnik na temat sztuki konstruowania rozmaitych zadań, będących przecież podstawowym narzędziem pracy wyżej wymienionych.

Autorka, doświadczony naukowiec i pedagog, przedstawia w swym dziele kwestię zadań z różnych
perspektyw – ucznia, konstruktora zadań, nauczyciela, korzystając z metodologii interdyscyplinarnej, o czym świadczą liczne odwołania do psychologii, filozofii czy neurolingwistyki. W rzeczowy sposób odsłania tajniki procesu efektywnego konstruowania zadań i ich rozwiązywania.

Wrażenie robi bogata bibliografia, składająca się z blisko trzystu tytułów, potwierdzająca fachowy
charakter publikacji. Szata graficzna i układ treści również działają na jej korzyść. Wszystko to
sprawia, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, mimo że jest ona silnie nasycona treścią
merytoryczną.

To kompendium wiedzy o zadaniach powinno znaleźć się w biblioteczce osób zainteresowanych
szeroko pojętym procesem nauczania-uczenia się. Jest to książka zdecydowanie z kategorii tych, do których warto wracać i odświeżać zawartą w nich wiedzę. A ja osobiście jestem niezmiernie dumna, że jako korektor mogłam być małą częścią procesu wydawniczego tego dzieła.

 

Czy 15-godzinny kurs językowy ma sens?

Czy 15-godzinny kurs językowy ma sens?

Inspiracją do napisania przeze mnie tego artykułu stała się rozmowa ze znajomym, który podawał w wątpliwość sensowność prowadzenia krótkich (w tym przypadku 15-godzinnych) kursów języka obcego. W rozmowie z nim wyjaśniłam swoje stanowisko, ale sam temat wydał mi się na tyle interesujący, że zanotowałam go jako jeden z ciekawszych do poruszenia w formie pisemnej na blogu.

Nie lubię statystyk, ale w tym przypadku napomknę, że uśrednione dane wskazują, iż potrzeba około 100 godzin nauki, by osiągnąć kolejne poziomy podstawowe języka (A1 i A2) oraz około 200 godzin – na poziomy wyższe.  Czy zatem organizacja krótszych kursów ma sens?

W odpowiedzi na to pytanie zdecydowanie pomogła mi propozycja poprowadzenia takich kursów, którą z chęcią przyjęłam. Były to kursy języka polskiego dla wykładowców jednej z ukraińskich uczelni wyższych, realizowane on-line.

Teraz, kiedy kursy dobiegły już końca, jestem przekonana, że nawet tak krótki kurs językowy ma sens. Przede wszystkim sądzę, że pozwoli on każdemu kursantowi odpowiedzieć na pytanie, czy chce kontynuować naukę – zweryfikuje  słomiany zapał towarzyszący często podjęciu decyzji o nauce nowego języka. Ponadto, pozwoli też odpowiedzieć na pytania o formę nauki (nauka on-line czy kontaktowo), osobę lektora (po 15 godzinach z pewnością kursanci są w stanie rzetelnie ocenić swojego nauczyciela) oraz metody i techniki.

Stoję na stanowisku, że 15-godzinny kurs pozwoli słuchaczom przejść z poziomu beginners i dobrze przygotować się do A1. Jeśli zaś mowa o nauce języka z tej samej rodziny językowej, to z pewnością pozwoli także zrealizować niektóre zagadnienia z poziomu A1. Przede wszystkim zaś, będzie możliwością „osłuchania się” z językiem, dzięki której rozwiną się sprawności receptywne uczących się.  

Może więc, zamiast wybrać abonament na kurs całoroczny, lepiej postawić na 15 godzin kursu, by następnie podjąć mądrą decyzję: co dalej? 🙂


 

Z biblioteczki korektora – „Wiecznie młodzi, czyli pokolenie mocy” Joanny Pogorzelskiej

Z biblioteczki korektora – „Wiecznie młodzi, czyli pokolenie mocy” JoannyPogorzelskiej

Nie zabierałam dotąd głosu w sprawie korektorowanych przeze mnie książek. Postanowiłam jednak to zmienić i od czasu do czasu napisać co nieco o ważniejszych pozycjach z mojego portfolio. Za ważniejsze uznaję tu książki nie najbardziej poczytne po wydaniu (zresztą nie śledzę statystyk sprzedaży, nie czytam recenzji), lecz takie, które dla mnie osobiście stanowiły cenną lekturę.

Na pierwszy ogień wybrałam książkę pt. „Wiecznie młodzi, czyli pokolenie mocy” Joanny Pogorzelskiej. Jest to „książka-rozmowa”, zbiór wywiadów z przedstawicielami polskiego pokolenia 50+. Choć bohaterów tej książki dzielą kręgi społeczne i zawodowe, łączy ich wspólnota doświadczeń jednego pokolenia. „To ludzie, którzy mają prawdziwy power i udowadniają, że życie jest piękne bez względu na wiek. (…) Pracują, zakochują się, uprawiają seks, mają marzenia, chcą dalej korzystać z życia, bo czują się młodzi” – czytamy na okładce i jej skrzydełkach. Wśród bohaterów znaleźć można m.in. Jerzego Górskiego, Magdalenę Środę, Henrykę Krzywonos-Strycharską czy Krzysztofa Skibę.

Książka jest dobrze wydana – na zewnątrz zaprojektowana w nowoczesnym stylu okładka, a wewnątrz solidny papier i wysokiej jakości fotografie bohaterów. Pamiętam, że przyjemnie pracowało mi się już na PDF-ie, ale fizyczna publikacja Novae Res robi wrażenie. Postanowiłam sprawdzić, czy uwzględniono poprawki korektorskie – tak, co do jednej. Mogę tylko żałować, że nie udostępniono mi do korekty okładki publikacji, gdyż przez to wkradł się tam drobny błąd (przy nazwisku Pawła Łozińskiego brakuje kreseczki nad n).

Całość przeczytałam z zapartym tchem i szczerze polecam, bo jest to lektura, która obala stereotypy; autentyczna i szalenie motywująca.

Wordwall – bez tego nie wyobrażam już sobie zajęć!

Wordwall – bez tego nie wyobrażam już sobie zajęć!

 

 

Wśród artykułów na moim blogu znaleźć można tekst dotyczący aplikacji Learning Apps. Choć od momentu jego opublikowania minęło ponad pół roku, ja nadal chętnie sięgam po to narzędzie i ciągle je rekomenduję. Nie ustaję jednak w poszukiwaniach i od jakiegoś czasu korzystam również z innej platformy – Wordwall.

Wordwall.net/pl  to portal umożliwiający tworzenie ćwiczeń interaktywnych oraz tych w wersji do wydruku. Własne ćwiczenia interaktywne można stworzyć na podstawie dostępnych na stronie szablonów, podobnie jak w Learning Apps. Ich liczba jest jednak istotnie większa, a szata graficzna znacznie atrakcyjniejsza. Oprócz klasycznych typów ćwiczeń takich jak: test, krzyżówka, wykreślanka lub zadania na łączenie w pary czy uzupełnianie luk, znajdują się tam również niezwykle efektowne szablony gier zręcznościowych (Labirynt, Samolot, Przebij balon, O rety! Krety!).

Platforma umożliwia nieograniczone wykorzystanie ćwiczeń dostępnych na stronie, publikowanych przez innych użytkowników. I jest to jej ogromny plus, gdyż zasoby te są naprawdę bogate. Wystarczy więc wyszukać ćwiczenie, wpisując kluczowe słowa w wyszukiwarce, a potem udostępnić je uczniom. Można je również dowolnie modyfikować odpowiednio do własnych potrzeb.

Rzecz jasna, można też tworzyć swoje własne ćwiczenia na bazie szablonów. Ich liczba jest jednak ograniczona i w ramach bezpłatnego konta wynosi zaledwie 5. Po wykupieniu abonamentu standard lub pro można jednakże zyskać nielimitowany dostęp do tworzenia własnych materiałów. Wydaje się to dobrym rozwiązaniem szczególnie dla tych, którzy w ogólnodostępnej bazie nie znajdą zbyt wielu ćwiczeń na interesujący ich temat. 

Wordwall poleciłabym nie tylko nauczycielom uczącym zdalnie. Sądzę, że jest to również wdzięczny sposób, by wzrosło zaangażowanie uczniów w klasie. Oprócz abonamentów indywidualnych dostępne są również plany szkolne, więc być może warto w ten sposób uatrakcyjnić lekcje w całej placówce?

Osobiście bez tego narzędzia nie wyobrażam już sobie prowadzenia zajęć! Tworzę własne ćwiczenia, dzielę się nimi z innymi nauczycielami, budując społeczność. Dzięki zaś  upublicznionym materiałom korzystam z platformy, sprawiając, że moje lekcje przybierają na atrakcyjności.