Jak skutecznie wycenić korektę lub tłumaczenie? Proste narzędzie do obliczania słów.

Jak skutecznie wycenić korektę lub tłumaczenie? Proste narzędzie do obliczania słów.

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule artykułu nurtuje zapewne często początkujących korektorów czy tłumaczy. Być może i doświadczeni specjaliści miewają z tym problemy, choć prawdopodobnie większość z nich ma już swoje cenniki. Jednak nawet ci ostatni znajdą w tym tekście coś godnego uwagi dla siebie, gdyż odpowiada on jedynie pośrednio na pytanie: Jak skutecznie wycenić korektę lub tłumaczenie? Artykuł jest przede wszystkim prezentacją pewnego narzędzia, które służy błyskawicznemu obliczaniu słów, co jest przecież niezbędne do wyceny usługi (nawet wtedy, gdy mamy już stałą stawkę, której się trzymamy).

Osobiście „skuteczną wycenę” rozumiem jako taką, która satysfakcjonuje jednocześnie wykonawcę i zamawiającego; taką, która pozwala wygrać w przetargu; taką, która jest adekwatna do poziomu wykonania usługi i czasu jej realizacji. Nieskromnie przyznam, że czuję się coraz pewniej w skutecznej wycenie swoich usług. To poczucie stanowi jedną z inspiracji do napisania niniejszego tekstu. Drugą jest chęć przedstawienia i zarekomendowania prostego, ale niezwykle efektywnego narzędzia, które mnie osobiście ułatwia wycenę prac związanych z korektą lub tłumaczeniem.

Podstawą wyceny tego typu usług jest zakres (objętość) tekstów poddawanych korekcie, redakcji czy tłumaczeniu. Zwykle jednostką wyjściową w tym przypadku jest strona obliczeniowa (1800 znaków ze spacjami) lub arkusz wydawniczy (40 000 znaków typograficznych ze spacjami). W obu przypadkach zatem musimy dotrzeć do pierwotnej liczby znaków w tekście źródłowym.

Czasami zamawiający sami określają te dane w zamówieniach, co ułatwia sprawę wyceny. Często jednak otrzymujemy zapytania o wycenę konkretnych plików (w różnych formatach). Word automatycznie liczy znaki i słowa (można je podejrzeć w oknie dialogowym – statystyka wyrazów). Jeśli jednak otrzymujemy do wyceny plik w innym formacie, stajemy przed wyzwaniem samodzielnego obliczenia zakresu usługi, na podstawie którego dokonamy wyceny.

Korektorom i tłumaczom z pomocą przychodzi program o wdzięcznej nazwie Count anything. Jest to bezpłatne narzędzie, dostępne do pobrania na stronie producenta (najnowsza wersja tu: https://countanything.informer.com/2.1/). Dzięki niemu nie musimy już tracić czasu na konwersję plików lub uśrednione obliczenia. Zainstalowany program obsługuje bowiem większość formatów, np. pliki Word, PDF, Excel, Power Point, Calc, a także rozszerzenia html, xml czy txt. Program jest co prawda anglojęzyczny, ale jednocześnie na tyle intuicyjny, że bez przeszkód obsłuży go również osoba niewładająca tym językiem. Za pomocą kategorii Add File(s), Add Folder, Add URL dodajemy kolejno plik, folder lub adres strony internetowej (interesujące nas źródło). Klikamy przycisk Count. Po chwili w programie wyświetla się raport z rezultatami, który zwiera dane na temat liczby słów (words), znaków ze spacjami (chars), znaków bez spacji (chars  no spaces), słów azjatyckich (Asian) i słów nieazjatyckich (non Asian). Wygenerowany raport możemy zapisać (File–>Save), by wrócić do niego później lub wysłać na potwierdzenie zamawiającemu.

Obliczony w tak błyskawicznym tempie materiał pozwoli w konsekwencji zaoszczędzić czas korektorom, tłumaczom czy autorom, copywriterom i wielu innym. Stanie się podstawą skutecznej i – co nie mniej ważne – szybkiej wyceny usług.

Zaskocz swoich uczniów tymi aplikacjami!

Zaskocz swoich uczniów! – trzy inspirujące narzędzia online

Zaprezentowane w tym tekście strony i aplikacje, rzecz jasna, nie wyczerpują tematu wykorzystywania na zajęciach technologii informacyjno-komunikacyjnych. Jest to jednak przegląd trzech konkretnych narzędzi (które z powodzeniem wykorzystuję na zajęciach) wraz z ich przykładami zastosowania. Przykłady pochodzą z doświadczeń lekcji języka rosyjskiego, ale bez komplikacji dadzą się przetransponować  na lekcje innych języków, a być może nawet na warsztaty i szkolenia z dowolnej dziedziny. Jestem pewna, że umiejętne ich używanie zapewni nie tylko atrakcyjność, ale i efektywność procesu nauczania.

Pierwszym, niesłychanie prostym, ale efektownym narzędziem jest online timer. Może on posłużyć jako stoper odmierzający czas krótkiej rozgrzewki językowej na początku zajęć albo rozmów podsumowujących materiał z lekcji. Można wykorzystać go przy metodzie speed datingu, pracy w grupach czy pracy z podręcznikiem. Zaletą online timera jest fakt, że nauczyciel może go samodzielnie modyfikować, zmieniając czas i melodię. Oto link do przykładowego timera stworzonego przeze mnie: https://goo.gl/KMUyao. Takie narzędzie nie tylko zainteresuje uczniów, ale i skutecznie zwiększy dynamikę zajęć.

Drugie narzędzie, które nauczyciele mogą w prosty sposób stworzyć również za pomocą strony clastools.net, to random picker  tj. „koło fortuny”. Może być ono wykorzystane np. do przydzielania uczniom pewnych zadań (jeśli w kole umieścimy polecenia) lub też do wyboru uczniów (jeśli umieścimy tam ich imiona czy nazwiska). Oto przykładowe koło fortuny z czasownikami w języku rosyjskim, które po wylosowaniu należy odmienić w czasie teraźniejszym: https://www.classtools.net/random-name-picker/32_dTc5Uf. Zastosowanie koła fortuny wprowadza element zaskoczenia i może urozmaicić liczne zadania.

Trzecim narzędziem angażującym uczniów w zajęcia są kody QR. Dzięki użyciu bezpłatnych generatorów kodów qr dostępnych w sieci nauczyciel może zakodować dla uczniów dowolną treść. Uczący się zaś, wykorzystując pobrane wcześniej na smartfony skanery kodów, odczytują polecenia. Taki charakter może przyjąć nawet cała lekcja, kiedy celem jest utrwalenie i powtórzenie pewnych wiadomości. W ten sam sposób można też przeprowadzić test – np. uczniowie dostają zakodowane słówka, które następnie muszą przetłumaczyć na język rosyjski. Przygotowanie takiego sprawdzianu nie zajmuje znacznie więcej czasu niż tradycyjnego, a jest wyrazem kreatywności i nieszablonowości nauczyciela.

Wszystkie zaprezentowane narzędzia wykorzystuję na zajęciach bardzo często. Są ciekawe, zaskakujące i szybkie w swej obsłudze, a ich dodatkową zaletą jest fakt, że dadzą się zastosować także na lekcjach stacjonarnych.

Korekta tekstów naukowych czy beletrystycznych – od czego warto zacząć?

Korekta tekstów naukowych czy beletrystycznych - od czego warto zacząć?

W sieci można znaleźć wiele artykułów dotyczących różnic między korektą i redakcją tekstów. Mnie zaś, z uwagi na fakt, że nie zajmuję się redakcją, interesuje inny problem – czy korekta korekcie równa?  Na tak postawione pytanie mogę już na samym początku śmiało odpowiedzieć: NIE! Czym zatem różni się praca korektorska nad różnego rodzaju tekstami? Postaram się odpowiedzieć, biorąc na warsztat te rodzaje tekstów, z którymi mam największe doświadczenie, a więc – teksty naukowe i beletrystyczne.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że moja ścieżka w zawodzie korektora nie przebiegała schematycznie. Zaczęło się od współpracy z wydawnictwem stricte naukowym i dopiero po czasie zakosztowałam korekty tekstów popularnonaukowych i beletrystycznych. Praca nad jednym i drugim rodzajem publikacji jest zgoła inna, czego świadomość powinien mieć każdy, kto rozpoczyna pracę w zawodzie korektora.

Produkt końcowy, rzecz jasna, w obu przypadkach powinien być doprowadzony do perfekcji. Jednak teksty wyjściowe mają zazwyczaj, zależnie od ich rodzaju, skrajnie różny poziom językowy. Należy mieć na względzie, że publikacje naukowe pisane są przez osoby z wysokim, niejednokrotnie nawet wyższym niż samego korektora, wykształceniem. To pociąga za sobą ich relatywnie wysoki poziom językowy. Publikacje beletrystyczne z kolei cechuje większa swoboda w obrębie języka, a w konsekwencji nierzadko – mniejsza staranność.

Te uwarunkowania socjolingwistyczne mogłyby prowadzić do wniosku, że poddane obróbce korektorskiej teksty beletrystyczne, mówiąc najprościej, zawierają więcej błędów niż publikacje naukowe. W istocie tak zwykle bywa. Idąc tym tokiem rozumowania, można by przyjąć, że większa liczba błędów implikuje większą liczbę zmian dokonywanych przez korektora, a w rezultacie więcej pracy nad samym tekstem. Tu jednak należałoby się zatrzymać i zastanowić, czy rzeczywiście tak jest w praktyce.

Osobiście uważam, że korekta tekstów naukowych jest znacznie bardziej wymagająca. Jasne, że korektor dostrzeże w nich mniej uchybień i dokona mniej zmian, ale nie powinno to być wykładnikiem decydującym o ocenie w zestawieniu tych dwóch typów tekstów. Publikacje naukowe naszpikowane są terminologią, którą trzeba dokładnie zweryfikować (w tym względzie z oczywistych powodów nie może dojść do omyłek). Częściej zawierają onimy (nazwy własne), które też należy kontrolować. Co więcej, niepoślednią rolę pełnią w nich przypisy, w których zazwyczaj kryje się mnóstwo niedociągnięć natury korektorskiej.

Teksty popularnonaukowe i beletrystyczne są zaś z reguły „lżejsze” w odbiorze. Pamiętajmy bowiem, że korektor to też czytelnik i taki czynnik ma dla niego znaczenie 🙂 Duża liczba błędów w takich publikacjach nie przekłada się zazwyczaj na ich kryterium jakościowe, a brak lub znikoma liczba przypisów z pewnością ułatwia pracę nad tekstem.

Z tych powodów na pytanie zawarte w tytule artykułu odpowiedziałabym, że chyba jednak przygodę korektora warto byłoby rozpocząć od tekstów beletrystycznych – być może powieści o ulubionej lub względnie lubianej tematyce. W takim przypadku podjęcie następnie współpracy z wydawnictwem naukowym będzie nowym, bardziej wymagającym doświadczeniem. Z kolei drogę odwrotną – taką, którą sama z przyczyn losowych przebyłam – będzie zaś wieńczyć miłe zaskoczenie, a praca z tekstami beletrystycznymi po doświadczeniu korekty publikacji naukowych stanie się przyjemną odmianą. Wybór należy więc do Was!

 

 

 

 

 

Upraszczaj i urozmaicaj zajęcia z Learning Apps!

Upraszczaj i urozmaicaj zajęcia z Learning Apps!

Jestem daleka od pisania artykułów sponsorowanych, ale ten będzie właśnie taki rodzaj tekstów przypominał. Dlaczego? Bo przedstawiane przeze mnie narzędzie ma naprawdę niewiele wad. Mowa o niemieckiej stronie learningapps.org.

W zakładce ‘O learningapps.org’ na stronie czytamy, że jest to „aplikacja Web 2.0 wspierająca proces uczenia się i nauczania za pomocą małych interaktywnych modułów. Istniejące moduły mogą być bezpośrednio wykorzystywane w nauczaniu, (…) zmieniane lub tworzone przez użytkowników w Internecie”. Ten lakoniczny opis absolutnie nie wyczerpuje tego, co można by o learningapps.org powiedzieć, by zachęcić do wypróbowania tego narzędzia.

Za jedną z największych zalet strony uważam fakt, że jest ona bardzo intuicyjna. Szkolenia dotyczące learningapps są organizowane nawet w moim, stosunkowo niewielkim, mieście. Nie dajcie się jednak zwieść – nie potrzeba żadnych warsztatów, by „rozgryźć” te aplikacje. Rzecz w tym, że tu naprawdę nie ma co rozgryzać… 

Po wejściu na stronę learningapps.org wystarczy kliknąć zachęcające ‘Zobacz tutorial’ i już … witają nas w samouczku. 🙂 A samouczek – rzecz święta/świetna – krok po krok pokazuje możliwości strony. Jest jak dobra instrukcja dla tych, którzy jej potrzebują. Większość z Was pewnie natychmiast zamknie samouczek i wyruszy własną ścieżką w przygodę z rozmaitymi szablonami aplikacji. Ci jednak, którzy mniej swobodnie poruszają się w temacie multimediów w procesie nauczania, mają podane jak na tacy niezbędne informacje, z którymi mogą zapoznać się przy pomocy magicznego przycisku ‘Dalej’. Opisane są tu wszystkie, nawet te najbardziej oczywiste, elementy strony.

Jestem przekonana, że dzięki swej czytelności strona spodoba się nie tylko e-wyjadaczom, ale i początkującym e-nauczycielom. Polecam ją nie jako polonista, rusycysta, czy filolog, lecz jako nauczyciel w ogóle, a nawet i jako uczeń. Learningapps daje bowiem możliwości wykorzystania w rozmaitych kontekstach. Nie ma tu znaczenia typ zajęć (stacjonarne czy zdalne) czy wiek uczniów (wykorzystywałam aplikacje w pracy z dziećmi, młodzieżą oraz dorosłymi). Nie ma też znaczenia nauczany przedmiot – zaprojektowana przeze mnie aplikacja przydała się nawet na szkoleniu metodycznym dla nauczycieli. W tym zakresie strona daje nieograniczone możliwości. Można korzystać z dostępnych w bazie aplikacji innych użytkowników lub stworzyć własną.

„Stworzenie aplikacji”, „Zaprojektowanie aplikacji” – brzmi zagadkowo i nieosiągalnie, ale przy wykorzystaniu dostępnych na stronie matryc jest możliwe w kilka minut. Dzięki Twojemu niewielkiemu wysiłkowi (który jest też niezłą zabawą), Twoi uczniowie będą mogli zagrać m.in. w „Milionerów”, „Wyścigi konne” czy „Wisielca”. Będą też mogli rozwiązać krzyżówkę, wykreślankę, wypełnić luki w tekście lub spróbować swoich sił w teście jednokrotnego wyboru.

Brzmi zachęcająco? A to dopiero początek… W swoich tekstach z pewnością jeszcze nie raz będę wracać do konkretnych przykładów wykorzystania przedstawionego tu narzędzia. Zanim jednak to zrobię, zobacz sam jak niewiele trzeba, by uprościć i urozmaicić Twoje zajęcia z learningapps.org!

 

 

 

 

Raz, dwa, trzy i przez Skype’a uczysz Ty!

Raz, dwa, trzy i przez Skype'a uczysz Ty!

Jeden z poprzednich wpisów na blogu dotyczył zalet e-learningu i mojej drogi do zdalnego nauczania. Pisałam o tym, jakie możliwości daje e-learning i jakie są korzyści takiej formy edukacji.  Tekst powstał zaledwie dwa miesiące temu, ale ten czas to w obecnej sytuacji cała epoka. Epidemia koronawirusa zamknęła wielu ludzi w domach, a nauczyciele nie są tu wyjątkiem. Stacjonarni lektorzy muszą bardzo szybko zamienić się w e-teacherów, by utrzymać kursantów i nie nadszarpnąć źródła dochodów. Piszę „muszą”, bo w rzeczywistości nie wszyscy chcą…

W ostatnim czasie obserwuję prawdziwy wysyp tekstów instruktażowych i filmików szkoleniowych: Jak uczyć online? Jak zacząć uczyć online? Zacznij uczyć online! Wiele z nich prezentuje profesjonalne platformy e-learningowe i zachęca do ich wypróbowania. Ja jestem raczej zwolenniczką małych kroków, a przy tym nie umiem pisać artykułów sponsorowanych, więc nie zaprezentuję tu platformy, z której na co dzień korzystam. Skupię się natomiast na możliwościach, jakie daje nam powszechne narzędzie do komunikacji, tj. Skype.

Skype wydaje się niezłym rozwiązaniem dla początkujących. Dlaczego? Ano przede wszystkim – nie wywołuje strachu 🙂 Nauczyciele, nawet ci najbardziej stacjonarni z możliwych, znają ten komunikator z życia prywatnego. Nie jest więc dla nich wyzwaniem zainicjowanie rozmowy z innym użytkownikiem. Ta forma sprawdzi się zatem w zajęciach 1:1. Na tym jednak nie koniec, bo większość z nas pracuje z grupami, a nie wyłącznie z klientami indywidualnymi. Najnowsza wersja Skype’a daje możliwość równie prostego sposobu rozpoczęcia rozmowy grupowej. Służy do tego przycisk ‘Spotkanie’ (lub ‘Meet’, jeśli macie angielską wersję). Program generuje wtedy link do rozmowy, który można wysłać jako zaproszenie drogą mailową do kursantów. Uczący się wchodzi w link i tym samym jest już w wirtualnej klasie. Jest to jedna z możliwości (szybsza… choć czasem z niewiadomych przyczyn zawodna). Druga natomiast to manualne dodanie każdego uczestnika poprzez kliknięcie symbolicznego człowieczka z plusikiem oraz wpisanie nazw użytkowników. Done!

W taki sposób kreujemy miejsce naszych zajęć, które pozwala nam na: 1) rozmowę, 2) czat, 3) przesyłanie materiałów (w czacie znajduje się ikonka ‘dodaj pliki’). To oczywiście tylko kropla w morzu potrzeb lektora, ale pozwala poprowadzić zajęcia konwersacyjne oraz takie, na których nauczyciel i uczeń dysponują tym samym materiałem. Dodatkowym błogosławieństwem jest funkcja współdzielenia ekranu (dostępna obok czatu), dzięki której kursant zobaczy wszystko, co jest na Waszym ekranie. Od tej pory możecie wyświetlać materiały zapisane w plikach o rozmaitych rozszerzeniach i edytować je „na oczach” studentów. Podczas włączania opcji współdzielenia ekranu koniecznie zaakceptujcie również udostępnianie audio i wideo, dzięki czemu zyskacie nowe możliwości w realizacji zadań na sprawność słuchania.

Na tak zaaranżowanych zajęciach jesteśmy w stanie w najprostszy sposób realizować program, ćwiczyć wszystkie podsystemy i sprawności języka. Owszem, skype ma swoje ograniczenia, ale jest idealnym rozwiązaniem ad hoc, najprostszym i najbardziej intuicyjnym, a przy tym bezpłatnym. Dlatego właśnie sądzę, że warto od niego rozpocząć swoją przygodę z e-learningiem.

Korekta tekstów z powołania, czyli zarabianie przez czytanie

Korekta tekstów z powołania, czyli zarabianie przez czytanie

Odkąd sięgam pamięcią, uwielbiałam czytać książki. Bardzo szybko opanowałam literki i sprawniej niż rówieśnicy radziłam sobie z czytaniem na głos oraz pisaniem własnych tekstów. Szkolne konkursy ortograficzne, językowy profil w liceum, wreszcie studia filologiczne – wszystko to doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem teraz! Jednym z obszarów mojej obecnej działalności jest korekta tekstów.

Istnieje wiele obiegowych opinii o pracy korektora, które w moim przypadku się sprawdziły, ale
równie dużo mitów na ten temat. Przede wszystkim sądzę, że do tego zawodu trzeba mieć powołanie oraz szczególne predyspozycje psychofizyczne. Bardzo podoba mi się definicja ‘powołania’ zawarta w Słowniku Języka Polskiego PWN, gdzie jest ono określone jako „zdolność i zamiłowanie do czegoś”. Nie wystarczy więc interesować się czymś, lubić, czy nawet „miłować”. Potrzebne są odpowiednie cechy, potrzebny tak zwany dryg.

Jakie cechy powinien posiadać dobry korektor? Głównie – spostrzegawczość, cierpliwość i
dociekliwość. Bez dobrego oka ani rusz, bo korektor zarabia na cudzych błędach, ale najpierw musi się ich dopatrzyć. Cierpliwość przyda się przy kolejnym czytaniu tego samego tekstu, a dociekliwość przy poszukiwaniu rozwiązań w sytuacjach, kiedy dostrzegamy błąd, lecz nie wiemy, jak go poprawić.

Jasne, że korektor powinien charakteryzować się nienagannym warsztatem językowym, ale sądzę, że ów można trenować, na przykład czytając literaturę czy wykonując rozmaite ćwiczenia kształtujące sprawność językową. Z dumą śledziłam postępy swoich studentów w tym zakresie, kiedy prowadziłam zajęcia z kultury języka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tego naprawdę da się nauczyć!

Żeby być dobrym korektorem, trzeba „mieć kapkę oleju w głowie i kilo ołowiu w…” (zupełnie innej części ciała). Korektor z przypadku z mozołem ślęczy nad tekstem, dwojąc się i trojąc w poszukiwaniu błędów. Korektor z powołania wnikliwie czyta wartościowe teksty przy filiżance kawy…

O zaletach e-learningu i mojej drodze do zdalnego nauczania

O zaletach e-learningu i mojej drodze do zdalnego nauczania

Żyjemy w dobie e-rzeczywistości. E-biznes, e-book, e-papieros – to tylko nieliczne przykłady. Wydaje się, że przedrostek ten (e-) zadomowił się już na dobre w naszym języku.

Terminów ‘e-learning’ czy ‘e-nauczanie’ prawdopodobnie nikomu nie trzeba wyjaśniać. W najbliższym czasie odeślą one do lamusa funkcjonujące dotąd nauczanie zdalne czy korespondencyjne. Tym, nad czym warto się jednak pochylić, są zalety takiego rodzaju edukacji.

Moja transformacja w e-pracownika nie była rewolucją; miała raczej charakter ewolucyjny i wiązała się, jak to zazwyczaj bywa, ze zmianami w życiu prywatnym. Wyprowadzka z miasta i spełnienie marzeń o domu na pogórzu zmusiły do poszukiwań nowych dróg zawodowych. Dróg – jak się szybko okazało wbrew wielu malkontentom – atrakcyjnych, rozwijających i bezpiecznych. Takich, z których nigdy nie chciałabym zboczyć.  

Osobiście dostrzegam niemal wyłącznie zalety e-learningu, dlatego właśnie im poświęcę ten artykuł. Pierwszą z nich, niepodważalną, jest oszczędność czasu. Ani uczeń, ani nauczyciel nie musi tracić go na dojazd w wyznaczone miejsce. Dodatkowo, przygotowanie się do zajęć zajmuje temu ostatniemu znacznie mniej czasu. Czy wiecie, ile cennych minut (o papierze nie wspominając) marnują nauczyciele na kserowanie rozmaitych handoutów dla swoich kursantów? Własna baza materiałów online zapewnia e-nauczycielowi sprawne przygotowanie się do zajęć. Rezultat: czysty zysk – ekonomia czasu.

Kolejną zaletą jest szeroko pojmowana elastyczność w organizacji zajęć. Można je prowadzić wszędzie i – co ważne – bez uszczerbku dla jakości. W e-learningu synchronicznym, jakim się zajmuję, ma to ogromne znaczenie i daje poczucie wolności, redukując stres. Mogę poprowadzić zajęcia w hotelu, będąc na urlopie; mogę zrobić to w samochodzie, będąc w podróży; albo – w kawiarni czy restauracji, jeśli jest to konieczne (przykłady autentyczne ;)). 

Być może znajdą się oponenci, ale: Tak, uważam, że e-learning daje większą efektywność w nauczaniu. Zwłaszcza zaś, jeśli chodzi o młodsze pokolenie uczących się. Nie uciekniemy przed kulturą obrazkową i światem wirtualnym. To, co na ekranie, jest i zawsze będzie ciekawsze, bardziej pociągające. Rolą nauczyciela jest wykorzystanie tej siły, by przekaz wzrokowy kształcił, a nie ogłupiał.

Chcę na koniec wspomnieć o szczególnym wyzwaniu, jakie stoi przed e-nauczycielem. Nie postrzegam tego w kategorii problemu czy wady zdalnego nauczania, choć w większości opracowań znaleźć można właśnie takie założenie. Mowa o ograniczeniu bezpośredniego kontaktu w relacji nauczyciel:uczeń. Milion razy czytałam, że „żadna pośrednia forma nie zastąpi osobistego kontaktu”. Protestuję! W moim przekonaniu o bliskości czy „osobistości” relacji nauczyciel:uczeń nie decyduje wspólna sala lekcyjna. To, co najważniejsze – uśmiech, entuzjazm, zaangażowanie – jesteśmy w stanie przekazać online. Sądzę, że jest to jedno z ważniejszych wyzwań e-learningu.

Internetowe narzędzia w pracy tłumacza, czyli „Internecie powiedz przecie…”

Internetowe narzędzia w pracy tłumacza, czyli "Internecie powiedz przecie..."

Na pytanie, czy wyobrażamy sobie pracę nad tłumaczeniem tekstu bez Internetu, zgodnie odpowiemy: NIE! I to bez znaczenia, czy jesteśmy studentami, którzy ślęczą nad pracą zaliczeniową, czy też profesjonalnymi tłumaczami. Bez znaczenia jest język wyjściowy i docelowy, bez znaczenia nasz poziom znajomości tych języków. Internet nie pozostawia tłumaczom złudzeń. „Jestem Wam potrzebny” – woła. Pomijam w tym artykule tak ewidentne narzędzia internetowe, jak różnego rodzaju słowniki (od międzyjęzykowych, przez jednojęzyczne, do synonimów czy kolokacji – przykłady można by mnożyć).

Jest ich co niemiara, ale każdy tłumacz z pewnością odnajdzie swój ulubiony, choćby wiązało się to ze
żmudnym procesem poszukiwań opartych na metodzie prób i błędów. Chcę natomiast skupić się w pierwszej kolejności na królowej encyklopedii internetowych – Wikipedii. O jej mankamentach mówi/pisze/czyta się często. Zarzucamy jej nierzetelność, dysproporcję tych samych haseł w różnych językach, zmienność i niewiarygodność. Po co więc tłumaczowi tak wątpliwe źródło?

Rzecz jasna, nie dla weryfikacji merytorycznej. Wikipedia może jednak wbrew swej encyklopedycznej naturze posłużyć tłumaczowi jako słownik (sic!)!

Ostatnio tłumaczyłam arcyciekawe teksty na zamówienie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. Wierzcie lub nie – Wikipedia przyszła mi z pomocą co najmniej kilkakrotnie. Dostrzegam jej walory, głównie jeśli chodzi o weryfikację nazw własnych. Pomogła na przykład przy zapisie nazwisk francuskich (Jacques-Louis David = Жак-Луи́ Дави́д; Jacques Dubois = Жак Дюбуа́; Eustache Lesueur = Эста́ш Лесюэ́р). Rozwiała też wątpliwości co do rosyjskiej wersji Radziwiłła czy Marysieńki 😉

Możliwość szybkiej zmiany języka polskiego na rosyjski w obszarze danego hasła Wikipedii dawała oparcie właściwie we wszelkich dylematach z dziedziny onomastyki. Sądzę, że Wikipedia jako specyficzny słownik nazw własnych sprawdzi się w pracy każdego, nie tylko rosyjskojęzycznego, tłumacza.

Najpopularniejsza encyklopedia internetowa radzi sobie nieźle także jako słownik specjalistyczny. Na próżno szukać w większości słowników haseł: zaprawa wapienno-piaskowa, masa perłowa, gzyms czy spluwaczka. Dość powiedzieć, że Wikipedia i tu nie zawiodła!

Choć naukowcy zgodnie protestują przeciwko korzystaniu z informacji dostępnych w Wikipedii, a ja od zawsze utożsamiałam tłumacza po części z naukowcem, stoję na stanowisku, że źródło to może znacznie ułatwić pracę z tłumaczonym tekstem. Wszak podawać w wątpliwość możemy zakres merytoryczny niektórych artykułów hasłowych, nie zaś same hasła!